Kiedy ruszałem na Mień o kajakarstwie zwałkowym wiedziałem tylko tyle, że istnieje. Gdy zobaczyłem wąską rzeczkę najeżoną przeszkodami zacząłem się zastanawiać, czy pływanie nią to rzeczywiście najlepszy pomysł na spędzenie sobotniego przedpołudnia. Pokonanie pierwszej przeszkody – jak się później okazało olbrzymiej lochy – pod zwalonym drzewem wydawało mi się nie lada wyzwaniem.
Z każdym przepływanym kilometrem przeszkody robiły się coraz trudniejsze. Ale i ja nabierałem większej pewności siebie. Okazało się, że najtrudniej było się przełamać, położyć kajak na bok, czy położyć się na nim by przepłynąć pod tarasującym drogę pniem.
Woda w pod koniec października wcale nie jest taka zimna jakby się mogło wydawać, a po kilku machnięciach wiosłem kajakarzowi robi się gorąco. Kajakarstwo zwałkowe na pewno nie jest wycieczką dla grzecznych dzieci, ale radość z pokonania każdej przeszkody i dotarcia do celu bez wywrotki ogromna.





